Franciszek Józef

Franciszek Józef

czwartek, 29 maja 2014

Marsz lwowskich dzieci



Kilka tygodni temu na naszym fanpage’u umieściłem filmik z Marszem lwowskich dzieci. Tekst tej piosenki jest niezwykle wymowny i bardzo obrazowy. Kto był we Lwowie, tej naszej galicyjskiej stolicy, ten słuchając tego anonimowego utworu kroczy oczami wyobraźni z Cytadeli ku kościele św. Elżbiety. Nie sposób też na blogu Krakowskich dzieci nie poruszyć dziejów naszych wschodnich koleżków, również okrzykniętych dziećmi. 



Marsz lwowskich dzieci powstał na melodię jednego z utworów operetki Księżniczka dolarów, która swoją premierę miała w 1907 r. w Wiedniu.  Znanych jest kilka wariantów tekstu lwowskich dzieci. Tak brzmi pierwsza zwrotka:

W dzień deszczowy i ponury
Z cytadeli idą góry
Szeregami lwowskie dzieci,
Idą tułać się po świecie.
Na granicy Czarnogórza
Czeka nas mitręga duża.
Może nawet tam
Czeka na nas wróg,
A więc prowadź, prowadź Bóg!

Lwowskie dzieci to oczywiście żołnierze Galizisches Infanterieregiment Nr. 30 czyli 30 pułku piechoty, który stacjonował w stolicy Galicji. 60 %  żołnierzy tego pułku stanowili Rusini, natomiast dalsze 30% to oczywiście Polacy. To bodajże pierwszy stricte galicyjski pułk w armii austriackiej. Od 1802 uzupełnienia do tego pułku czyniono już tylko we Lwowie i okolicach. Żołnierze tego pułku bili się więc z rodakami w wojnie 1809 roku a kilkadziesiąt lat potem strzelali do powstańców krakowskich w bitwie pod Gdowem w 1846 r. Podczas pierwszej wojny światowej 30 IR bił się niemal na wszystkich jej austriackich frontach – poczynając od serbskiego, przez rosyjski i rumuński na włoskim kończąc. 
 
Jedna wersja pierwszej zwrotki wspomina Czarnogórze a w kolejnych zwrotkach groźnego Serba – pułk spodziewa się więc przerzutu na front bałkański. Tymczasem inna wersja zapisana po lwowsku:

Idu tułać si pu świeci
Idu idu na Warszawy

I dalej:

Ausrokunek, jak się patrzy,
A tu z boku matka płacze,
Z żalu ściska biedną głowę.
Korpskomendant ma przemowę:
Bądźcie dzielni, wy, żołnierze,
Brońcie sztandar, jak należy!
Austriacki hymn
Już muzyka gra,
A więc żegnaj, matko ma!

Żegnaj, siostro, żegnaj, bracie,
Wiem, że żałość w sercu macie,
Władze płakać wam nie bronią,
Po kościołach dzwony dzwonią.
Z dala widać już, niestety,
Wieże kościoła Elżbiety.
A więc zbliża się
Ten odjazdu czas,
Chodź, uściśnij, luba, nas!

To ów bardzo malowniczy fragment marszu. Żołnierze maszerują z Cytadeli, gdzie na co dzień stacjonowały bataliony IR 30 i nagle dostrzegają w oddali kościół św. Elżbiety znajdujący się na Gródku. Z tego miejsca na dworzec – skąd zapewne nastąpi odjazd – jest już tylko 10 minut spacerem. 

Kościół św. Elżbiety we Lwowie


Czemu płaczesz, ukochana?
Być żołnierzem rzecz cacana:
Mundur siwy, guzik błyszczy,
Pół cetnara mam w tornistrze.
Patrz na tego mannlichera —
Każdy żołnierz nie umiera.
Wtedy, luba, płacz,
Wtedy, luba, cierp,
Gdy mnie zgładzi jaki Serb.

Pocieszające co? Nie każdy przecież infanterzysta zarobi kulkę czy odłamkiem granatu. A wspomniane pół cetnara (zapewne lwowskiego) to jakieś 25 kg. Nie jest lekko…

Już wagony wsiadać każą,
Jużeś otoczony strażą,
Już ci koce — chleb roznoszą,
A muzyka gra „Bartoszu”.
Słychać świst lokomotywy,
Może powrót da szczęśliwy.
Boże, pozwól nam
Dożyć chwilę tą,
Bym Ojczyznę ujrzał mą!

Hej, koledzy, dajcie ręce,
Może was nie ujrzę więcej!
Może wrócę ciężko ranny
Lub dostanę krzyż drewniany.
Może ma mogiła stanie
Gdzieś na leśnej hen polanie.
Może uda się,
Że powrócę zdrów
I zobaczę miasto Lwów...

Za bardzo Austriacy nie ufają bojowemu duchowi poborowych. Skoro nawet wsiadających do wagonów musi otaczać straż. 

Dworzec główny we Lwowie ok 1913 r.


Na wspomnienie o Marszu lwowskich dzieci natrafiłem dziś w książce Witolda Szolgini Tamten Lwów Tom 2. Ulice i place. Opisując ulice gródecką autor przywołał inny utwór śpiewany w okolicach strzelistego kościoła pod wezwaniem turyńskiej księżniczki – tzw. Gródecki-marsz. Autor przywołał też własny wiersz, który wspomina o tych muzycznych pamiątkach tego rejonu Lwowa:

No, tego „Gródek-marsza” przecież
Co tu na miejscu jest szczególnie,
A więc, o moje lwowskie dzieci,
Świstajmy tego marsza wspólnie…
Zwłaszcza zaś tutaj – przy Elżbiecie,
Co witrażami w słońcu świeci.

Trzydziesty pułk pojawia się też w słynnej Kolędzie opiewającej galicyjskie pułki:



Trzydziestka lwowska laury zebrała,
Biorąc przy szturmie moskiewskie działa,
Zamarstynów i Łyczaków
Przywiódł z sobą moc kozaków,
W niewole wziętych.

Och czyż żegnający lwowskie dzieci matki, żony i kochanki wiedziały, że za kilka miesięcy Lwów będzie "gościł" Rosjan? Że pierwsza wigilia tej wojny upłynie w towarzystwie żołnierzy cara Mikołaja II.

Tadeusz Rybkowski, Wigilia 1914, Lwów



wtorek, 27 maja 2014

Ulica Starowiślna gdzieś około roku 1900



Przez ponad trzy lata mieszkałem na ulicy Starowiślnej w Krakowie. Ulica to dość długa, ciągnąca się od Poczty Głównej aż po brzeg Wisły i most Powstańców Śląskich. Ulica przecina Kazimierz i łączy Stare Miasto z Podgórzem. Zresztą to właśnie na wspomnianym moście 4 lipca 1915 r. miało miejsce uroczyste połączenie miasta Krakowa z miastem Podgórze. Prezydent Juliusz Leo i ostatni burmistrz Podgórza Franciszek Maryewski podali sobie wówczas ręce, symbolicznie łącząc oba miasta.  Mieszkaniec Starowiślnej może w pełni doświadczyć  jej przelotowego charakteru. Ciągną nią sznury samochodów, a  przede wszystkim tramwaje kilku bardzo ważnych linii (a pierwszy tramwaj w Krakowie wyruszył właśnie z zajezdni z przecznicy - ulicy św. Wawrzyńca). Ponadto na olbrzymi hałas wpływają pędzące na sygnale karetki i tłumy turystów przelewające się na Kazimierz lub przez rzekę na Plac Bohaterów Getta i do Fabryki Schindlera. Zawsze zastanawiało mnie jak ta część Kazimierza wyglądała sto lat temu, lub jeszcze dawniej w czasach panowania Najjaśniejszego Pana? 

Na odpowiedź natrafiłem przypadkiem, wcale się jej nie spodziewając. Z obrazem ulicy Starowiślnej z początku XX wieku spotkałem się we wspomnieniach Ferdynanda Goetela Patrząc wstecz. Mało kto pamięta dziś tego utalentowanego ale i kontrowersyjnego pisarza. Ja zapoznałem się z jego twórczością dopiero kilka lat temu gdy wpadła mi w ręce jego powieść Nie warto być małym. Na jej kartkach można odnaleźć wiele kapitalnych opisów krakowskiego Ludwinowa – dzielnicy w pełni zasługującej na miano zakazanej. Przez płonący wschód. Wspomnienia z podróży to zaś porywająca opowieść o ucieczce z rosyjskiej a następnie bolszewickiej niewoli w niespokojnych latach rewolucji. Goetel jest jednak najbardziej znany ze swojego udziału w niemieckiej misji do Katynia, która orzekła, iż polscy oficerowie zostali pomordowani przez Sowietów. Oczywiście ten epizod zaważył na całym późniejszym życiu pisarza – oskarżony o kolaboracje zaraz po II wojnie światowej uciekł z kraju i pozostał na emigracji, a jego twórczość została skazana na zapomnienie. 

Ale wracając do Starowiślnej:

[Moja matka w 1900 r.] wynajęła mieszkanie w oficynie jednego z domów na ulicy Starowiślnej.  Planty krakowskie, teatr i Paon przestały więc być pasjonującym teatrem mojego życia. Starowiślna nie miała tyle wytwornych uroków, przemawiała jednak prawdą trudnego życia, przedsiębiorczego i pełnego wesołości, jaką daje widok z długiego ganku na zakazane przedmieścia Grzegórzek, poprzez cudze sady kuszące do wypraw na cudze jabłka i grusze. Nad dachami krążyły tu gołębie. Za ulicą Dietla ciągnął się poforteczny tor kolejowy, a za torem były bagienka, zwane przez andrusów chełpliwie „stawami”. Budnik kolejowy nazwiskiem Mróz wynajmował tam łódki, a zimą urządzał ślizgawkę za pięć centów – wstęp. 

Widok ulicy Starowiślnej w roku 1913, zdjęcie ze strony http://nowahistoria.interia.pl



Stop. Z tego fragmentu możemy więc wnioskować że 10-letni wówczas Ferdek mieszkał po prawej stronie ulicy Starowiślnej, zapewne już za ulicą Dietla w kierunku Wisły. Więcej szczegółów na temat okolicy, w której mieszkał Goetel dostarcza kolejny fragment:

Pamiętam w latach 1900 do 1904 podwórko jednej krakowskiej kamienicy otoczone gankami oficyn zamieszkałych przez biedotę drobnomieszczańską. Kamienica miała trzy piętra, a na każdym z nich królowały, na gankach zwłaszcza, nieznośne i awanturnicze chłopaczydła. „Andrusy” jak mówił front kamienicy. Było tego z jaki dziesiątek, w jednym prawie wieku. Zwoływali się świstem, który przyprawiał o atak nerwowy wszystkich lokatorów, a do wściekłości doprowadzał „strugola” (dozorcę). Świst był zwiastunem okropnego harmideru, tupotu nóg, krzyku, i nieraz trzasku wypadających szyb. Bywały większe bezeceństwa, zaczepki porządnych ludzi, strzały nawet i wybuchy zagrażające bezpieczeństwu publicznemu. Bywały i napady zbrojne z kijami, nożami i zepsutym, ale ogromnym pistoletem na powracające ze szkoły dziewczęta. 

Klan kamienicznych łobuzów miał bratnie organizacje w innych punktach miasta, na przedmieściach zwłaszcza, Dębnikach, Grzegórzkach, Zwierzyńcu. Wszyscy stanowili jakąś gwardię anonimową, która dzierżyła prym nie tylko na swoich podwórkach, ale i na boiskach, na wzgórzach Krzemionek i Panieńskich Skałach, na szkolnym korytarzu i w ulicznej awanturze. Miała swe chody i stosunki. Wiedziała, kiedy szykuje się pochód demonstracyjny i umiała się wśliznąć na wieżę katedralną by „wyrżnąć w Zygmunta”. 
 
 Musze przyznać, że w 100 % rozumiem nastrój i klimat tych podwórkowych relacji. Wcześniej przez 18 lat dorastałem w innej kamienicy na krakowskim Starym Mieście. 

Warto zobaczyć jak wyglądała nasza ulica sto lat temu!

Do Goetela wrócę niebawem. W jego krakowskich wspomnieniach pojawia się przecież 13 pułk piechoty!