Franciszek Józef

Franciszek Józef

niedziela, 17 listopada 2013

Czarno-żółty sztandar...przypadek? Trochę o wolności a trochę o akademickich orgiach.

Oddam dzisiaj głos komuś, kto ceni sobie zarówno ustrój monarchiczny, wolność jednostki jak i wiernopoddańczy torcik Sachera - mojej żonie, która Galicję jak i całą monarchię oceniła pod kątem libertariańskim:
Rogóż J., Na krakowskim CK bruku, Kraków, 2008
Czytałam sobie ostatnio felietony Jana Rogoża zebrane w książeczce Na krakowskim ck bruku. Sama się zdziwiłam przyjemnością, jaką dostarczyła mi ta lekka lektura, jako że nigdy nie darzyłam swojego miasta specjalnie gorącą miłością. Atmosfera prowincjonalnego „Krakówka” - w opinii mieszkańców ‘prześwietnego miasta’ - które jednak pełnym zazdrości wzrokiem spogląda na nowinki z Widnia, a w którym od czasu do czasu pojawia się nawet cysorz, nie tylko rozbawia, ale i wzrusza.


W zbiorku felietonów znalazły się i takie, które wiążą się pośrednio z tematyką wolności osobistej i jej ograniczeniami pod… czarno-żółtym sztandarem. Do napisania tego posta natchnęła mnie właśnie zbieżność barw flagi CK Austro-Węgier i rozmaitych symboli libertariańskich (z przyjaznym wężem na czele). Można by uznać, że zbieżność ta ma charakter wręcz paradoksalny, gdyby nie fakt, że Austriacka Szkoła Ekonomii rodziła się właśnie w Widniu, jeszcze pod czarno-żółtym sztandarem Habsburgów, powstałym z zamiany dwugłowego czarnego cesarskiego orła  w czarne pole umieszczone nad żółtym. 

Albrecht Altdorfer, Cesarz Maksymilian i sztandar Rzeszy

Jednym z zabawniejszych pomysłów CK ministrów opisanych w mojej książeczce był zakaz ulicznego kolportażu prasy (jak przypuszcza Rogoż, miało to służyć usprawnieniu mechanizmów cenzury). Zakaz jednak był powszechnie łamany, a w Krakowie kolportażem trudnili się szczególnie mali chłopcy – często sieroty i tzw. „dzieci ulicy”. Ponieważ wałęsające się tu i tam małolaty, nierzadko zmuszone do żebractwa lub posuwające się do drobnych kradzieży, raziły dostojnych obywateli królewskiego, stołecznego.... itd. itp., Rada Opiekuńcza zdecydowała się przedsięwziąć odpowiednie środki. Jakie? Władza, kierując się sobie tylko znaną żelazną logiką, postanowiła rozwiązać problem przestępczości eliminując samych małoletnich kolporterów. Krótko mówiąc, aby zapobiec złodziejstwu i żebractwu, zabroniono dzieciom zarabiać w kolportażu.  O efektach pisały ‘Nowiny’ dnia 3 grudnia 1912 roku:
Na policję krakowską mającą ongi opinię sprężystej władzy bezpieczeństwa publicznego, od dłuższego czasu rozbrzmiewają głośne skargi. Złodzieje i włamywacze rozpanoszyli się na dobre w Krakowie. Kradzieże, rozboje i gwałty mnożą się w Krakowie w zastraszający sposób. Kroniki policyjne codziennie zawierają stereotypową (sic!) notatkę, że „niewyśledzeni sprawcy” włamali się to tu, to tam. Sukcesy policji, mimo w dwójnasób zwiększonego personelu, są nad wyraz szczupłe. Litania niewyśledzonych zbrodni jest zastraszająco długa. Dość wspomnieć: morderstwo na Szlaku, włamanie do urzędu pocztowego w Podgórzu, do kasy zboru izraelickiego, do składu jubilerskiego p. Wojciechowskiego, do kasy banku przy ul. Św. Gertrudy itd. nie licząc kradzieży mniejszego kalibru. Publiczność (sic!) płacąca podatki na utrzymanie policji i mająca prawo żądania ochrony swojego mienia, zupełnie już zwątpiła w skuteczność tej „ochrony”.

Powszechną jest opinią, że jedynie istniejący od kilku miesięcy prywatny zakład utrzymujący do strzeżenia sklepów i magazynów straż nocną, chroni kupców jako tako przed występami rzezimieszków. Dla uspokojenia opinii publicznej, która mogłaby być zaalarmowana bezczynnością naszej policji, pospieszamy donieść, że cały sztab 250 urzędników i ajentów, gorliwie po kilkanaście godzin dziennie pracuje… nad tłumieniem kolportażu ulicznego. Cały swój rozum stanu i wszystkie swoje zdolności, cały zasób swojego dowcipu i inteligencji skierowała policja przeciw chłopcom roznoszącym gazety”.
Nie potrzeba dodawać, że zakaz sprzedaży gazet przez małych chłopców umożliwił policji sterowanie podażą niepożądanych pism – wydawcy nadal korzystali z usług dzieci, jednak w razie potrzeby można było małego kolportera na jakiś czas zaaresztować a nakład skonfiskować.
Oczywiście ten epizodzik nie miałby żadnych szans w rankingu najgłupszych, najbardziej bezpodstawnych zakazów w państwie Habsburgów. Tradycję szczegółowego regulowania każdego aspektu życia obywatela rozwinięto już w XVIII wieku za czasów Józefa II, który po zażyciu zbyt wielkiej dawki Oświecenia nabawił się istniej biegunki legislacyjnej (ponad 6 000 dekretów w ciągu 10 lat panowania). Jako przykład jego gospodarczego protekcjonizmu niech posłuży zakaz importu kawy i czekolady, umotywowany rzekomą szkodliwością tych produktów (i pomyśleć, że pierwsza kawiarnia w Europie powstała ponoć  w Wiedniu w 1683 roku, założona przez Polaka Kulczyckiego).
A na koniec krakowski ‘case’ (zaczerpnięty również z felietonu Rogoża), z którym libertarianie zwykle mają problem – jak na gruncie prawa własności i wolności osobistej rozwiązać problem „nieobyczajności”. Anonim:
„Świetna Policyo! Uprasza się o wzięcie w opiekę lokatorów piętra III nr. 18, okna wychodzą na Rynek Kleparski – w oknie stoją figurki. Mieszkają tam młodzi ludzi mężczyźni, stoją nadzy w oknie, sprowadzają dziewczęta, te też nagie w oknie stają – a  akademicy przez to okno, stawając na stołkach ukazują się w pozycji takiej najohydniejszej i wabią nierządnice. Vis a vis mieszkańcy mają dzieci a te z okien widzą wstrętny widok i zgorszenie bezgraniczne. Może Szanowna Policja ochroni nasze dzieci przed publicznym zgorszeniem i wglądnie w dom, który od publicznego gorszym jest. I to na Kleparzu w rynku coś podobnego. Z ulicy kto w górę spojrzy i widzi te obrzydłe orgie panów wyzutych z wszelkiej etyki, gdy już nie z religii!”
Proszę mi wybaczyć przydługi cytat, ale brawurowy styl autora i niezwykłe wyczucie rytmu całkiem mnie urzekło.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz