Franciszek Józef

Franciszek Józef

sobota, 2 listopada 2013

Jabłoniec i Tymbark oczami GRH Krakowskie Dzieci



„Ku pamięci przelanej krwi, twardej pięści i milczącej węgierskiej wierności huzarów poległych razem ze swym panem pułkownikiem 11-12 grudnia 1914 roku.”

Tak brzmi napis na pomniku 24 huzarów, którzy ruszyli na pomoc pułkownikowi Othmarowi Muhrowi, gdy otrzymał śmiertelne trafienie, kilkanaście metrów przed linią rosyjskich okopów na wzgórzu Jabłoniec pod Limanową. Śmierć tego odważnego Węgra i zażarta, niemal krwiożercza walka jego huzarów przeszła do legendy nie tylko I wojny światowej ale i całej historii Węgier. Choć do dziś w poważnych publikacjach i na licznych forach sympatyków Austro-Węgier można spotkać się z ożywionymi dyskusjami na temat znaczenia bitwy, czy też całej operacji łapanowsko-limanowskiej, nikt nie kwestionuje heroizmu garstki spieszonych kawalerzystów. A było tak:

Pocztówka przedstawiająca atak huzarów Othmara Muhra

Śmierć Othmara Muhra na wzgórzu Jabłoniec

Od kilku dni trwały zażarte walki w rejonie Rajbrotu, Łapanowa i Limanowej, które miały na celu skupienie uwagi Rosjan, tak by kilkadziesiąt kilometrów dalej na wschód swoje uderzenie na północ mogła wykonać austriacka 3 Armia. Moskale zaś, zdając sobie sprawę z powagi sytuacji i możliwości nie tylko odepchnięcia ich od Krakowa ale i podwójnego oskrzydlenia, musieli za wszelką cenę złamać front pod Limanową. Atakowali więc nie szczędząc sił, ciągle przekonując o skuteczności „rosyjskiego walca parowego”. Na wzgórze Jabłoniec tuż po północy 11 grudnia, zostali wysłani huzarzy z 9 i 13 pułku, którzy mieli zluzować tam tkwiących w okopach swoich kolegów. Jednak prowadzący oddział pułkownik Muhr już na drodze zorientował się, że okopy zostały stracone, a sens ich misji staje pod znakiem zapytania. Z drugiej strony zrozumiał, że pozostawienie wzgórza w rękach Moskali otworzy im drogę do całkowitego przełamania frontu i pozwoli im kontrolować drogę na Kraków. Pułkownik podzielił się swoimi myślami z żołnierzami. Zdecydowali. W kierunku rosyjskich okopów ruszyła grupa huzarów, którzy jeszcze kilka miesięcy temu byli pewni, że wojnę będą oglądać z siodła, pędząc przed sobą uciekających Rosjan. Tymczasem teraz ich jedyną bronią były kolby krótkich karabinów (nie mieli nawet bagnetów ani szabel!) oraz łopaty. Wkrótce mieli się przekonać, iż w połączeniu z pięściami i zębami, stanowi to arsenał, który jest w stanie wyprzeć wrogą piechotę. Huzarzy udawali, że nie wiedzą o nowej załodze okopów na Jabłońcu – chcieli by Rosjanie pozwolili podejść im jak najbliżej. Moskale dali się nabrać i wierzący w szybkostrzelność swoich karabinów maszynowych przywitali maszerujących huzarów dopiero tuż przed okopami. Wielu kawalerzystów zginęło od razu, ale ci którzy dotarli, zmasakrowali Moskali. Po walce odnaleziono wielu Rosjan ze zmiażdżonymi twarzami – to efekt użycia kolb. W ciasnych i ciemnych okopach nie było miejsca na finezyjne pojedynki – wygrywała siła i drapieżność. I choć pułkownik oraz wielu innych oficerów poległo, huzarzy zdobyli wzgórze i odparli w ciągu całego dnia kilka gwałtownych kontrataków. Pod koniec 12 grudnia Rosjanie niemal uwierzyli, że huzarom sprzyjają duchy, gdyż zgodnie z madziarską legendą dowódca może w krytycznym momencie walki przywołać armię duchów dowodzoną przez syna Attyli – księcia Csabę. Jednakże zawsze ceną za tą pomoc musi być własna śmierć…

Wojtek pod pomnikiem poległego pułkownika i huzarów z 9 pułku


Cmentarz na Jabłońcu robi niesamowite wrażenie. Tuż przy wejściu znajduje się kaplica poświęcona pułkownikowi, którego zwłoki jednak ekshumowano i przeniesiono na Węgry. Wzdłuż kilku alejek leżą żołnierze obu stron, w tym również niewątpliwie Polacy walczący w innych pułkach w okolicy. Nie spodziewaliśmy się, że miejscowa ludność tak pieczołowicie dba o pochówki osób, które przecież 100 lat temu w jakiś sposób zakłóciły ich codzienną egzystencję i naraziły na zniszczenie samej Limanowej. Przy każdym z krzyży świeciło się co najmniej kilka zniczy, a niektóre były obwiedzione węgierskimi flagami. Zastanowiły nas tylko trzy nagrobki, które miały wyłamane krzyże – dewastacja dokonana przez okolicznych złomiarzy?




Do Limanowej i na wzgórze węgierskich Spartan wrócimy zapewne za rok, tym razem w większym składzie i w roli c.k. rekonstruktorów!

W drodze powrotnej odwiedziliśmy jeszcze cmentarz wojenny w Tymbarku, gdzie również leżą polegli w walkach pod Limanową oraz jeden zagadkowy Serb – być może jeniec, który pomagał przy wznoszeniu cmentarza. Przyglądając się tablicom na krzyżach można poczuć ducha wielonarodowej monarchii. Mamy tu nazwiska niemieckie, polskie, rusińskie, węgierskie, rumuńskie, może nawet chorwackie. 

Tablica przed wejściem na cmentarz wojskowy w Tymbarku ku czci Jeno Szantay'ego

Paul Backer z P.I.R. 219 - zapewne Niemiec

Lazar Slamath z I.R. 7 z Klagenfurtu - czyżby Słoweniec?

Jan Sosnowski z L.I.R. 13 czyli pułku Landwery z Ołomuńca

Jurko Petroft z F.J.B. 21 czyli 21 batalionu strzelców polowych (wg danych składał się z 98% Niemców, tymczasem nazwisko jest chyba rusińskie)

Georg Obernorfer z T.K.J.R. 3 czyli 3 Pułku Cesarskich Jegrów Tyrolskich


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz